Nie da się być jednocześnie digital nomad na etacie i podróżnikiem z prawdziwego zdarzenia
Przez ponad rok czasu myślałam, że będę w stanie pogodzić regularne podróżowanie z pracą na pełen etat. Myliłam się.
Dlaczego? Bo życie w nieustannej podróży tak naprawdę nijak ma się do typowego podróżowania dla przyjemności. Podróżowania, w którym jesteś wolny od obowiązków takich jak pranie, sprzątanie czy gotowanie… Podróżowania, w którym nie musisz martwić się o to czy masz zrobione zakupy na następne 3 dni, bo najbliższy supermarket z sensownymi cenami jest 20 km stąd. Albo czy masz zgrzewkę wody na zapas!
Codzienne obowiązki
Zastanawiasz się teraz pewnie “O jakich zakupach na zapas ona pisze? W podróży? Przecież na pewno są dookoła knajpy i restuaracje serwujące jedzenie różnego rodzaju”.
No tak – są. Ale wyobraź sobie jaki budżet musiałabym miesięcznie przeznaczać na swoje podróże gdybym jadała w restauracjach. Z pewnością taki budżet pozwoliłby mi na 1 wyprawę rocznie, a nie 5. Szczerze mówiąc, będąc w podróży w droższych kierunkach rzadko chodzę do restauracji.
Po pierwsze właśnie dlatego, że jest to duży wydatek. Kiedy wyjeżdżasz na tydzień, dwa – wtedy możesz pozwolić sobie na codzienne obiady na mieście. Ale co innego, gdy w tej podróży po prostu żyjesz i jesteś w niej nieustannie. Spędzasz w danym kraju miesiąc lub dwa. 31 obiadów i kolacji dziennie na mieście – z tego może uzbierać się już spora sumka, prawda?
Po drugie – jestem osobą posiadającą dość specyficzne i konkretne wymagania żywieniowe ze względu na moje nietolerancje: glutenu i laktozy. Jak pewnie się domyślasz, nie wszystkie miejsca są w stanie zaoferować opcje posiłków uwzględniających takie ograniczenia. Co prawda Argentyna zaskoczyła mnie pod tym kątem mega pozytywnie! Jest tam masa restauracji totalnie Gluten Free. Udało mi się nawet znaleźć susharnię, która była wolna od glutenu i jadłam tam – przysięgam – najlepsze sushi w swoim życiu! Było inspirowane smakami kuchni peruwiańskiej, dzięki czemu połączenia smaków poszczególnych kawałków miały absolutnie kreatywny i niecodzienny wymiar. Jeśli kiedyś wybierzecie się do Buenos Aires koniecznie spróbujcie Neko Sushi.
Tak więc wiadomo, od czasu do czasu jak każdy lubię wyjść sobie do restauracji i skosztować czegoś nowego, dobrego, unikatowego. Ale zwiedzając Europę czy Argentynę raczej są to sytuacje typu 2x na tydzień.
Co innego w Azji! Tutaj jada się głównie NA ULICY 🙂 Ale jest tanio, pysznie i raczej bezpiecznie – więc można sobie na to pozwolić. I tak, w Azji odpoczywam od robienia zakupów oraz przygotowywania posiłków. To mi się tutaj podoba. Z wyjątkiem śniadań, które zwykle jadam w mieszkaniu/pokoju.
Wyzwania digital nomads
Ale wracając do meritum, bo jak zwykle za mocno rozgadałam się na temat jedzenia… Widzisz, że to nie takie proste. Podejmując decyzję o zostaniu digital nomadem i życiu w podróży podejmujesz pewnego rodzaju WYZWANIE. Że uda Ci się pogodzić swoją dotychczasową rutynę życia z większością jej aspektów dodając do tego kolejne obowiązki wynikające z BYCIA PODRÓŻNIKIEM. Co to za obowiązki?
Takie jak na przykład research do jakiego miejsca następnie się udać, co w tym miejscu zobaczyć (bo nie zdaję się ślepo na to, co wyrzuci mi chat GPT ale weryfikuję i rozszerzam informacje), jak do tych miejsc najlepiej dotrzeć. Szukanie najkorzystniejszych lotów potrafi zająć mi kilka dobrych godzin… Przebrnięcie przez wyszukiwarki, strony linii lotniczych aby porównać koszty. Dopasowanie do lotów bookingów, wybranie dobrych noclegów. To wszystko to masa pracy, serio.
Takie podróżowanie nijak ma się do wykupienia wycieczki przez biuro podróży. Choć wiem, że czasem, w pewnych sytuacjach lub dla niektórych osób i to potrafi być stresujące… a samo pakowanie na tygodniowe wakacje może przyprawić o zawrót głowy! Też tam kiedyś byłam i znam tę perspektywę!
Teraz natomiast, podczas długiej podróży nieustannie pakuję się i rozpakowuję. I tak w zależności od dynamiki danego wyjazdu – co tydzień, albo co 3 dni. Ta druga opcja jest bardziej crazy, ale tego typu wyjazdy też potrafią mieć swój urok. Zapewniam Cię, da się do tego przyzwyczaić. Wyrobić sobie swego rodzaju elastyczność. Po mojej ostatniej podróży do Argentyny i wyprawie autem po Patagonii, gdzie zmienialiśmy lokacje co 3-4 dni przez cały miesiąc moja zdolność do adaptacji w nowych miejscach wskoczyła na zupełnie nowy poziom! Teraz jestem bardziej elastyczna niż kiedykolwiek, a zadomowić w danym miejscu potrafię się naprawdę szybko. Wystarczą mi 2 dni w fajnym zakwaterowaniu, żeby już poczuć się tam jak “w domu”. Ale to miejsce musi mieć naprawdę dobrą energię. I nie chodzi mi wcale o wysoki standard, ale o poczucie tej swego rodzaju “przytulności” i “swojskości”. O dziwo muszę przyznać, że nie łatwo takie miejsca też znaleźć. W budżetowej cenie, we w miarę znośnym standardzie. Może dlatego też research tyle mi zajmuje? Choć wydaje mi się, że szukanie miejsc noclegowych i tak idzie mi dość sprawnie… będąc już na tym (poniekąd chyba wysokim!) etapie podróżniczego zaawansowania.
Na wszystko można znaleźć system
To prawda. Po jakimś czasie takiego życia w podróży wypracowujesz sobie swoje sposoby i systemy na to jak najbardziej sprawnie szukać połączeń czy noclegów. Masz swoje ulubione strony, aplikacje i zasoby. Ale tak czy siak, te zadania stają się częścią Twoich obowiązków podróżnika. Czy łączenie ich z codziennymi życiowymi obowiązkami i pracą na pełen etat jest w ogóle możliwe? A co z czasem dla siebie, czasem na odpoczynek czy rozwój pasji, hobby. Albo na zwyczajne, niespieszne poczytanie książki?
Tutaj pojawia się pewien problem. Próbowałam to wszystko łączyć ze sobą przez ponad rok. Podejmowałam kilka prób, które kończyły się często fiaskiem. Na przykład robieniem contentu podróżniczego, który potem nigdy nie ujrzał światła dziennego – bo zabrakło czasu na jego obróbkę.
Bo ważniejsze były obowiązki zawodowe lub te codzienne. Mijały dni, tygodnie… Content leżał na dysku, aż nie ruszyłam w kolejną podróż. Gdzie zajęłam się już tworzeniem nowych materiałów. I tak w koło. Wszystkie materiały gromadziłam na dyskach. Ale nie miałam kiedy się nimi zająć. Bo nie wystarczy, że zrobisz ładne zdjęcia czy filmy. Trzeba to wszystko jeszcze przetasować, przeprowadzić solidną selekcję, obrobić, a dopiero na końcu… finalnie przygotować publikacje. Wszystkie te czynności to kolejna seria zadań. Zadań, które tak naprawdę mogą uzbierać się w „pełen etat” – jeżeli chcemy zajmować się tym na poważnie.
W końcu musiałam podjąć decyzję
Trwanie w takim kołowrotku budziło we mnie ciągłe frustracje. Wiedziałam, że mam świetne materiały ale cały czas nie miałam kiedy się nimi zająć, stworzyć planu na ich publikację. Miałam świadomość tego ile ciekawych historii przeżyłam, ile mam do opowiedzenia. Ale kiedy miałam do tego usiąść, żeby spisać swoje przygody, przeżycia? Za każdym razem gdy wybierałam się z notatnikiem do kawiarni lista maili na skrzynce i spraw zawodowych do ogarnięcia była zbyt duża lub zbyt pilna. Trzeba to przyznać – dopóki pracujesz na etacie lub świadczysz dla kogoś usługi, dopóki generalnie przed kimś odpowiadasz – nigdy nie będziesz w stanie przedłożyć nad to swoich prywatnych projektów.
Długo miotałam się w niepewności co robić. Czy postawić na siebie, zaryzykować i skupić się na jednej rzeczy czy próbować dalej godzić kilka zajęć na raz. Zawsze w mojej głowie wygrywał rozsądek i próba pogodzenia tego wszystkiego. Funkcjonowałam tak zbyt długo. W końcu przyszedł czas, gdy mój umysł sam podjął tę decyzję za mnie. Myślę, że doświadczenie niesamowitej przestrzeni i potęgi natury w Argentynie, ale też dystans jaki dzielił mnie od Polski podczas tej podróży pomógł mi w tej decyzji. Gdyby nie tak daleka podróż, prawdopodobnie tego artykułu wciąż by nie było. Ten blog wciąż nie ujrzałby światła dziennego ale trwał w “trybie konserwacji”, a ja siedziałabym właśnie w kawiarni sprawdzając kolejne maile na skrzynce firmowej lub słuchając statusu teamu z ubiegłego tygodnia na jednym z obowiązkowych videocalls.
Czy ryzyko się opłaca?
Mam nadzieję! Chciałabym za rok móc powiedzieć sobie, że to była dobra decyzja. Że rezygnacja ze stabilności finansowej była jednocześnie otwarciem drzwi na nowe możliwości. Że warto słuchać swojej intuicji i podążać za głosem serca. Na tę ścieżkę właśnie wkraczam. Obiecuję – Tobie, ale przede wszystkim sobie – że dam na niej z siebie wszystko. Od teraz całe moje kreatywne moce będę wkładać w to miejsce. I liczę na to drogi czytelniku, że kimkolwiek nie jesteś, to miejsce stanie się jednym z Twoich ulubionych!
O czym chciałbyś przeczytać w pierwszej kolejności? Argentyna, Azja, Europa… trochę uzbierało mi się tych podróżniczych doświadczeń. Czekam na Twoje sugestie w komentarzach!